• TAB - Kolejny element
  • SHIFT + TAB - Poprzedni element
  • SHIFT + ALT + F - Wyszukiwarka
  • SHIFT + ALT + H - Strona główna
  • SHIFT + ALT + M - Zawartość strony
  • SHIFT + ALT + 1 do 6 - Wybór menu
  • ESC - Anulowanie podpowiedzi

Miejsca jak z bajki

Pierwsze było Miami. Na Florydę dotarliśmy po dziewięciu dniach rejsu przez Morze Karaibskie; minęliśmy Jamajkę i Kubę i zatrzymaliśmy się w Stanach Zjednoczonych. Niestety port, w którym zacumowaliśmy był położony 40 kilometrów od Miami, dojazd do tego miasta był drogi, a jedyną nadzieją, że czas w USA jednak nie będzie taki, jak się zapowiadał, była możliwość pójścia na Bal, na który zaproszono uczestników Rejsu Niepodległości.

Pójść mogło niestety tylko 20 osób i Bóg jeden wie, jak wiele kosztowało mnie to, żeby znaleźć się 9 lutego w hotelu Nobu Eden Rock w Miami. Przez tydzień kombinowałem i wreszcie się udało – w pożyczonym mundurze studenta Akademii Morskiej, na nazwisko kolegi, z którym zamieniłem się w zamian za wagon papierosów pojechałem na najprawdziwszy w świecie bal. Hotel przy Miami Beach, niesamowite wnętrza, niezwykli ludzie, tańce i pyszne jedzenie – co tu dużo mówić, było wspaniale.

Floryda dostarczyło mi jednak jeszcze więcej pozytywnych wrażeń, a to głównie dzięki wielkiej uprzejmości mieszkających w USA Polaków. To oni pierwszego dnia podrzucili mnie i grupkę znajomych na plażę niedaleko portu, gdzie spędziliśmy fantastyczny czas. Oprócz kąpieli w oceanie zaliczyliśmy amerykańską restaurację, w której zjadłem najlepszego hamburgera w swoim życiu i posłuchałem „Country Roads” na amerykańskiej ziemi. Było fantastycznie.

Następnego dnia inna rodzina Polaków zabrała nas do Miami i tam też poszliśmy na plażę i pospacerowaliśmy po ulicach amerykańskiego miasta. Było niesamowicie i aż żal było następnego dnia zostać na statku i wypełniać swoje obowiązki, wiedząc, że do tak niezwykłego miasta jest tylko kawałeczek drogi.

Pocieszeniem było to, że już dobę po wypłynięciu z Miami weszliśmy do kolejnego portu. Nassau na Bahamach przywitało nas palącym słońcem i przepiękną, czystą wodą. Aż chciało się do niej wskoczyć! Niestety, zejść na ląd mogliśmy dopiero wieczorem. Kilka godzin wolnego czasu spędziłem na spacerowaniu po mieście, które bardzo mi się spodobało. Było dla mnie połączeniem gorącego klimatu i faweli, które widywałem w Panamie z amerykańską nowoczesnością. Następnego dnia niestety nie postawiłem stopy na terenie miasta – miałem tzw. dobówkę, czyli jednodniową wachtę w porcie, w trakcie której trzeba pracować na statku. Na szczęście oficer okazał się na tyle życzliwy, że pozwolił mi zejść na keję, przy której zacumowaliśmy i potrenować. Więc po raz pierwszy w życiu przebiegłem osiem kilometrów, biegając w tę i z powrotem po 50-metrowym odcinku. Warto było.

Trzeciego i zarazem ostatniego dnia pobytu na Bahamach czasu było więcej, za to pogoda się zepsuła. Było szaroburo i padał deszcz, więc o pójściu na plażę nie było mowy. Wylądowałem ostatecznie w Dunkin Donuts, gdzie jedząc pączki z dziurą w środku, nadrabiałem zaległości w internecie i przygotowywałem się do egzaminu na studia. Ten dzień szybko jednak nabrał tempa; nie miałem dużo czasu, więc biegiem znalazłem barber shop, gdzie udało mi się ostrzyc przed wpłynięciem na Atlantyk – jeśli ktoś myśli, że fryzjer na Bahamach to to samo, co w Polsce, niech wyrzuci tę myśl z głowy. Różnica jest kolosalna.

Po obiedzie pojechaliśmy na występ uczniów liceum, który okazał się być musicalem na naprawdę wysokim poziomie. Zaraz po nim, żeby nie marnować czasu, wróciliśmy do centrum miasta, a ja postanowiłem dostać się na pobliską wyspę i w końcu wykąpać się w tej pięknej lazurowej wodzie. Kiedy jednak zacząłem biec w strony wyspy, zaczęło kropić, a po kilku minutach rozpadało się tak bardzo, że przemokłem do suchej nitki. Uratował mnie Andrew – mężczyzna mieszkający w Nassau, który zawiózł mnie pod samo wejście na plażę. Tam już nie padało, był za to zapierający dech w piersiach widok słońca, zachodzącego nad niebiesko-zieloną wodą.

Stałem tam zupełnie sam na przepięknej plaży i nie dowierzałem, że jestem w takim miejscu naprawdę. Marzyłem o tym, o takich podróżach od kilku lat. W liceum, siedząc na lekcjach przeglądałem oferty tanich podróży w różne miejsca świata, ale zawsze albo nie miałem czasu, albo pieniędzy, żeby gdziekolwiek się wybrać. Marzył mi się chociaż tydzień, chociaż kilka dni w tropikalnych krajach, ale czas mijał, a moje marzenie tak długo się nie spełniało, że zdążyłem zapomnieć, jak bardzo tego chciałem.

A dzisiaj? Jestem w kolejnym niezwykłym miejscu. Płyniemy przez Trójkąt Bermudzki, a ja znów uświadamiam sobie, że moje proszenie Pana Boga, żeby zabrał mnie w niezwykłe miejsca, wcale nie poszło na marne. Bo chociaż ja zdążyłem zapomnieć o mojej prośbie, On nie zapomniał o niej. I sprawił mi najwspanialszy prezent na świecie.

Wersja XML

Urząd Miejski w Toszku
ul. Bolesława Chrobrego 2
44-180 Toszek
tel. 32 237-80-00
fax 32 233-41-41
e-mail:
Statystyka wizyt:
ogółem: 9239288
w tym miesiącu: 88671
dzisiaj: 8019